UE
Unia Europejska
nieslyszacy WCAG 2.0

Tematy


Praska wiosna

W roku 1618 czescy protestanci przeprowadzili w Pradze eksperyment o zupełnie niezwykłych konsekwencjach.

Praga, miasto mojej duszy (jak Byron pisał o Rzymie), występowała już w tym felietonowym teatrzyku, ale nic w tym dziwnego, bo byłem w niej wiele razy. A kiedy byłem po raz pierwszy, pokazywano mi na Hradzie miejsce, specjalnie zresztą zaznaczone, przez które wywalono ludzi przez okno. Mówiąc ściślej, wywalono posłów cesarza, co było przyczyną wielu zawikłań i strasznego rozlewu krwi. To była słynna praska defenestracja, o której za moich czasów uczyli w szkołach. Stało się to 23 maja 1618 roku. Trochę zły więc jestem, że spóźniłem się na bardzo okrągłą rocznicę, no ale co się nie stało, to się nie stało, niech się teraz stanie. Bo defenestracja być musi na sto procent.

Jak wiadomo, Praga znajdowała się wówczas pod łapą Habsburgów – nielekką, ale jeszcze nie najcięższą. No, powiedzmy, lekkopółśrednią. Nasi bracia Czesi są, jak doskonale u nas wiadomo, bardzo krnąbrni i nieskłonni do podporządkowania się autorytetowi Kościoła. Dziś to chyba najbardziej ateistyczny kraj Europy. Drzewiej podobnie bywało, choć na początku XVII wieku trudno sobie wyobrazić jakiegokolwiek ateistę, no może jednego albo dwóch na cały region . Srożył się wszelako smok protestantyzmu, pożerając coraz to więcej ludzi i zupełnie nie chciał się zatkać. Pewnie brakło nad Wełtawą jakiegoś czeskiego szewczyka Skuby, który by potwora ostatecznie zrobił w konia. Martwił się tym bardzo dobry cesarz Maciej w swoim pięknym Wiedniu i martwił, bo przecież Czechy były jedną z najpiękniejszych pereł w jego koronie. Ojcowsko więc napominał rewoltujących Czechów ze swej naddunajskiej stolicy.

To jednak, miast utemperować, tylko ich rozwścieczyło: w marcu 1618 roku zwołali wielki zjazd w Pradze, na którym knuli, panie, a knuli. Prędko uchwalili anarchistyczną w zasadzie petycję, a później wysłali list do cesarza o mniej więcej tej samej treści. Jak można było się spodziewać, cesarz pokazał im figę i surowo zabronił kolejnych zjazdów. Naturalną koleją rzeczy czescy protestanci pokazali cesarzowi kontrfigę i wprost zwalili się na stolicę.

Pięknego zaś dnia 28 maja 1618 roku ruszyli tłumnie na Hrad, aby przedstawić cesarskiemu namiestnikowi swoje poglądy  – przede wszystkim na temat wolności religijnej. Namiestnik wszakże, umocniony postawą swego szefa, przyjął ich butnie, nie szczędząc słów przykrych a złośliwych. W naturalny więc sposób doszło do strasznej draki, podczas której obie strony zachowywały się w sposób bardziej licujący z karczmą niźli zamkiem królewskim. Wreszcie protestanci wpadli w furię i wespół w zespół, a po kolei wywalili przez okno dwóch wysokich urzędników cesarskich pp. Jaroslava Borzitę z Martinic i Wilhelma Slavatę. Heeej, hoop – i lecą! Na zamku do dziś jest zaznaczone okno, przez które pofrunęli cesarscy dygnitarze.

Człowiek sam w sobie nie umie latać. Wygląda na to, że wśród luterańskich Czechów to przekonanie nie było głęboko zakorzenione. Najpewniej powodowała nimi żądza eksperymentu – czy na pewno? A może jednak potrafi? I co się okazało?

Okazało się, że nic się cesarskim dygnitarzom nie stało! Potłukli się nieco i tyle. A stało się tak za sprawą… Madonny. Wiemy to z relacji Wilhelma Slavaty, który uważnie obserwował lot hr. Martinica, którego paru chłopa zrzuciło głową w dół, „on jednak w czasie spadania wołając bezustannie imiona Jezusa i Marii, tak cicho zleciał na ziemię, jak gdyby sobie usiadł (…) mimo swej otyłości”.

No i co? Udało się! Dwóch ludzi wylądowało pod zamkiem bez wielkiego szwanku. Skądinąd wyczyn Martinica i Slavaty musiał przypominać skoki narciarskie, niekoniecznie z telemarkiem. Niestety, cała ta awantura miała okropne konsekwencje – wybuchła straszna, a dla Czechów zgoła makabryczna, wojna trzydziestoletnia. Po praskiej wiośnie rychło nadciągnęła przerażająca zima, a wojska ogłoszonego przez nich królem Fryderyka Wittelsbacha, zwanego „królem zimowym”, w listopadzie 1620 roku w bitwie pod Biała Górą poniosły ostateczną klęskę w starciu z siłami cesarskimi. Powiadają, że decydujący cios zadała szarża wspomagających wojsko cesarskie lisowczyków pod komendą płk. Stanisława Rusinowskiego, która przed pięknym manierystycznym pałacykiem Hvezda złamała ostatni opór armii „zimowego króla”. I to był koniec czeskich marzeń, koniec krwawy, bo dość prędko Habsburgowie dokonali rzeczywistej eksterminacji czeskich elit.

Musiały upłynąć dwa wieki, aby bujnie odrodziła się czeskość. A to za sprawą niejakiego Vaclava Hanki, który w ruinach zamku w Kralovym Dvorze znalazł bardzo wczesnośredniowieczny rękopis spisany po czesku, który zatytułował Sąd Libuszy.

Ta Libusza miała być czeską księżną w VIII wieku i na jej punkcie oszalały całe Czechy. Zacni prażanie nagle przestali nazywać synów Wilhelmami czy Georgami, a zaczęli Svatoplukami czy Svetozarami. U dziewcząt naturalnie królowała Libusza… Tak rozpoczęła się Epoka Muzeum Narodowego, która skończyła się w sposób bardzo znamienny: Tomáš Garrigue Masaryk, wybitny uczony i ojciec (a właściwie „tatuś”, bo pieszczotliwie zwano go „tatickiem”) państwa czechosłowackiego, ponad wszelką wątpliwość dowiódł, że Sąd Libuszy to fałszywka, jedna z wielu romantycznych mistyfikacji. Jak się okazało – wielce skuteczna. Tak to się czasem dziwnie plecie.

Podziel się:
Wykop Facebook
2019-02-26
koszulka_dejaniry_logo.jpg

Jak łatwo być żołnierzem, żołnierzem (artykuł)

W dobie baroku wrzały srogie wojny, przy czym wiek XVII był chyba jednym z najgorszych w dziejach. Mam czasem dziwne wrażenie, …

koszulka_dejaniry_logo.jpg

Łyk Węgrzyna (artykuł)

Stefan Batory dobrym był generałem, czy zaś dobrym królem? To sprawa dyskusyjna.

koszulka_dejaniry_logo.jpg

Pompon i dzwon (artykuł)

Człek zwyczajny, ot taki sobie Polak, czasem spotyka zjawiska niezwykłe, np. tatra w czeskiej Pradze.