© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Ad Villam Novam   Ad Villam Novam   |   21.11.2016

Dole i niedole arendarza dóbr magnackich

O potędze magnata w dawnej Rzeczypospolitej decydowała ilość posiadanych dóbr ziemskich. Niektóre rody u szczytu swojej potęgi dysponowały rozległymi majątkami rozrzuconymi zarówno po Koronie, jak i po Wielkim Księstwie Litewskim. Dla przykładu majątki Radziwiłłów znajdowały się głównie na Litwie, jednak po przejęciu przez Michała Kazimierza Radziwiłła „Rybeńkę” dóbr Sobieskich ich wpływy w Koronie gwałtownie wzrosły.

Rzeczą oczywistą było, że magnat nie był w stanie osobiście doglądać wszystkich swoich majętności ani nimi zarządzać, zwłaszcza jeśli się na tym nie znał i nie czuł do tego pociągu. Zadanie zlecał więc zaufanym, wypróbowanym sługom, których obdarowywał najróżniejszymi tytułami, nazywając ich namiestnikami, gubernatorami, ekonomami albo zwyczajnie – zarządcami. Radziwiłłowie nie byli tu wyjątkiem. Z kolei zarządcy, nie będąc w stanie zapanować nad całością zadań, wyręczali się arendarzami, których albo powoływali, albo już zastawali w obejmowanych dobrach. Zawierali z nimi kontrakty, oddając im w użytkowanie młyny, stawy, browary, zlecając pobór opłat itd. Taki kontrakt zawierano na określony czas wraz ze szczegółowym określeniem wysokości rat pieniężnych i terminów, w których arendarz powinien je wpłacać do kasy magnata za pośrednictwem ekonoma.

Oczywiście arendarz nie podejmował się zadania za darmo. Także liczył na swój zysk po wniesieniu zakontraktowanych rat. Arendarzowi najczęściej nigdy nie było dane osobiście spotkać magnata, żeby z nim ustalać warunki współpracy. Uzgadniano je zwykle na linii: arendarz – zarządca dóbr. Zachowało się bardzo wiele dokumentów związanych z funkcjonowaniem arendowanych dóbr. Wniosek z ich lektury jest prosty: zarządzanie majątkami w wielkiej mierze zależało od uczciwości arendarza i osoby, która podpisywała z nim kontrakt. Oczywiście nieprzeliczone dokumenty, którymi dysponujemy, to z jednej strony kontrakty, a z drugiej cała masa opisów najróżniejszych problemów i sporów toczących się niejednokrotnie latami. Nie należy jednak wyciągać ogólnego wniosku, że arenda zawsze rodziła konflikty i problemy. Dokumenty powstawały, gdy takowe zjawiska zaistniały, bo było wtedy o czym pisać. Gdy arenda przebiegała spokojnie, bez zgrzytów, to nie było powodów do konstruowania skarg.

W Narodowym Historycznym Archiwum Białorusi w Mińsku, Fond 694, op. 4, nr 996, k. 836-837 zachował się pewien dokument, opisujący relacje pomiędzy arendarzem dóbr jampolskich a ich zarządcą. Jeśli się zachował, to niewątpliwie musiał dotyczyć sytuacji konfliktowej. I faktycznie tak było.

Dokument nosi tytuł: Pretensye od Starozakon[nego] Leyby Jozefowicza przeszłego arendarza Jampolskiego w krzywdzie poczynioney przez WJM Pana Zakrzewskiego łowczego bidgoskiego Punktami do Łaskawego Respektu Pańskiego J.O. Xiążęcia Jmci Woiewody Wileńskiego Pana Młł y Dobrodzieya oddane na zł. 11000. Spisał go Żyd, Leyba Józefowicz, arendarz dóbr jampolskich, leżących na północ od Lwowa, które wraz z innymi majątkami Sobieskich dostały się Radziwiłłom. Można wnioskować, że Józefowicz od dawna zajmował się arendą dóbr jampolskich i miał tam ugruntowaną pozycję. Skarżył na nowego zarządcę, pana Zakrzewskiego, łowczego bydgoskiego. Tym Zakrzewskim musiał być Józef, który urząd łowczego bydgoskiego sprawował od 1748 aż do 1771 roku. Skarga była skierowana do księcia wojewody wileńskiego, znanego nam „Rybeńki”, który najwyżej rok wcześniej powierzył Zakrzewskiemu dozór nad tymi dobrami.

Przypuszczalnie poddani w dobrach jampolskich zadawali sobie pytanie, jakim gospodarzem okaże się nowy zarządca. Jakim się okazał, wiemy na podstawie skargi Józefowicza, którą dość mocno ubarwił, aby w jak najczarniejszych kolorach odmalować przed księciem swojego wroga. Z drugiej strony nie pisał do „Rybeńki” bez przyczyny. Jego świadectwo uwiarygodnia i to, że wskazywał nie tylko na krzywdy doznane przez siebie, ale i przez innych. Niewątpliwie Zakrzewski zaliczał się do licznego grona zarządców, którzy oprócz pilnowania interesów swego pana, starali się wszelkimi sposobami z powierzonych sobie dóbr wycisnąć do swojej kieszeni, ile się dało. Wydaje się, że na gruncie dóbr jampolskich doszło do starcia dwóch osobowości: wieloletniego arendarza, przekonanego o swojej ugruntowanej pozycji oraz nowego zarządcy, nieliczącego się z lokalną personą, chcącego szybko się wzbogacić, bez względu na środki.

Do pierwszego konfliktu Leyby Józefowicza z nowym zarządcą doszło już w pierwszym roku nowych rządów. Leyba miał na dzień 24 kwietnia, czyli Świętego Jana Chrzciciela, wnieść ratę z arendy w wysokości 3000 zł. Zwrócił się do Zakrzewskiego z prośbą o kilka dni zwłoki, na co ten łaskawie się zgodził. Arendarz gorzko pożałował swej łaskawości, Zakrzewski bowiem już w dniu 24 kwietnia „zaraz zesławszy executią surową, kilkunastu ludzi z końmi, którzy takowe affronta wyrabiali, że w dzień pozapierawszy okiennice, świce palić kazali i inne wymyślne sztuki wyrządzali, przez co miałem expensy na zł. polskich 500”. Był to stary sposób na dłużników. Wysyłano do ich dóbr ludzi, często zbrojnych pachołków, którzy siłą zabierali należność i przy okazji plądrowali majętność. Ostatecznie podobne rozwiązania zdarzały się rzadko i kończyło się na groźbach. O wiele częściej za to można było spotkać samowolne napady rabunkowe, wręcz bandyckie. W tym przypadku pan Zakrzewski zapewne wykorzystał pretekst, by jego ludzie mogli dokonać rabunku i zastraszyć arendarza, a przy okazji i innych.

Jednak prawdziwe kłopoty Leyba miał dopiero przed sobą. Jego arenda obejmowała również młyny jampolskie. Wielu rolników z okolicy przywoziło do nich swoje zboże do mielenia, co dawało znaczny dochód. Z młyna zaczął korzystać i Zakrzewski. Tyle, że gdy przyjeżdżał odebrać zboże, zabierał on także nieswoje worki. Gdy początkowo dozorca młynów, inny Żyd, próbował protestować, za każdym razem kończył obity. Szybko więc nauczono się w młynie, że nowemu zarządcy nie należy się sprzeciwiać. Inni zaś przyzwyczaili się, że do młyna nie należy przywozić swego zboża, przez co Leyba obliczał swoje straty na 2000 zł.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że pomiędzy arendarzem a zarządcą rozpoczęła się swoista wojna, w której przewaga od początku była po stronie tego ostatniego. Zarządca nie omieszkał wykorzystać każdego pretekstu, by dopiec arendarzowi. Pojawiła się u niego niejaka Mariasia, z którą Leyba miał niegdyś spór. Wygrał go przed sądem, ale teraz Zakrzewski wezwawszy go, nakazał mu zapłacić tejże Mariasi sporną sumę, i to przy nim, natychmiast. Na dodatek nakazał wsadzić go do aresztu. Było to już jawne bezprawie i nic dziwnego, że oburzony Leyba zaczął protestować. Na to z polecenia Zakrzewskiego „Kozaki iako złoczyńcę mnie szarpali, przez co ja wyrwawszy się, uciekaiąc bez płoty zgubiłem maiących przy sobie złotych siedemset kilkadziesiąt”.

Konflikt szybko zaczął przybierać coraz groźniejszą formę. Któregoś dnia z polecenia Zakrzewskiego jego słudzy ciężko pobili podległego Leybie arendarza Pankowickiego i jego żonę. Długo chorujący arendarz nie mógł wykonać swoich prac, przez co sam Józefowicz musiał za niego wnieść 1600 zł, by nie narazić się na represje Zakrzewskiego. Chciał tego uniknąć tym bardziej, gdyż słyszał, że zarządca odgraża się, że potraktuje go podobnie.

Załamany Leyba postanowił zrzec się arendy i przekazać ją samemu zarządcy. Odpowiedni akt prawny złożył w sądzie grodzkim krzemienieckim. Podobnie dość wszystkiego miał i pobity arendarz, Pankowicki. Gdy Zakrzewski o tym usłyszał, ani myślał godzić się na porzucenie przez nich arendy. Nakazał im trzymać ją, dopóki nie skończy się jej czas, ustalony w kontrakcie. Dotrwali do tego terminu, mając nadzieję, że uwolnili się wreszcie od towarzystwa zarządcy. Wówczas łowczy kazał Leybie, Pankowickiemu i innym zarządcom stanąć u niego. „A gdyśmy stanęli zaraz nas kazał wszytkich do spichlerza zamknąć, a potym gdzie niektórych wypuściwszy, jedynie tylko mnie y Pankowickiego arendarza, w jeszcze ściślejsze więzienie wziąć kazał, a arendę na siebie otrzymał”. Przesiedzieli tam półtora tygodnia, aż się złamali. Wtedy Zakrzewski nakazał im na nowo przyjąć arendę. Narzucił jednak swoje warunki. O wszystkim decydował on, pieniądze z arendy, wszelkie opłaty brał bezpośrednio do siebie, na nic nie wydawał kwitów, nie prowadził rachunków. Leyba, Pankowicki i inni zarządcy mieli pełnić tylko funkcje dozorców. Jeśli wierzyć Leybie, on i inni pracownicy stali się zwykłymi zastraszonymi figurantami, którzy oficjalnie nadal pełnili funkcje arendarzy. Nic jednak od nich nie zależało, mieli tylko ściągać z arendy pieniądze i dawać je Zakrzewskiemu bez żadnych pokwitowań z jego strony. W razie czego Zakrzewski mógł się wszystkiego wyprzeć, całą winę zrzucając na arendarzy, którzy nie mając od niego pokwitowań, nie mogli udowodnić, że zgodnie z kontraktem pieniądze mu z arendy oddawali.

Nie był to koniec szykan pana łowczego bydgoskiego wobec Leyby. Prawdopodobnie Leyba nie ustawał w oporze i nawoływaniu innych do wysłania skargi do księcia. W każdym razie Zakrzewski postanowił w ostrzejszy sposób rozprawić się z opornym arendarzem. Prawdopodobnie wpadł na pomysł, by uwięzić jego żonę, a mając ją w ręku, przymuszać jej męża do posłuszeństwa: „Nie dosyć na tym żony moiey chcąc dostać, która przestrzeżona, z domu od całey chudoby zyjść musiała. A za tym zesławszy w nocy ludzi kilku, ze wszystkim zabrać kazał, tak że ja y żona moja co tylko na sobie mieliśmy, w tym tylko zostali się. Przez ten strach przelękłszy się taż kobita niedziel kilkanaście chorując, marnie z tego świata poszła”.

Zanim ze zgryzot i strachu zmarła żona Leyby, słudzy Zakrzewskiego zdążyli splądrować cały ich dom. Powyrzucali ich rzeczy na ulice miasteczka i rozegnali bydło. Mieszkańcom nie pozwalali udzielić Józefowiczom pomocy czy zaopiekować się ich rzeczami i bydłem.

Pochowawszy żonę, Leyba uciekł z włości jampolskiej. Dokąd, nie wiemy. W każdym razie napisał stamtąd do księcia „Rybeńki” o swoich przejściach. Tymczasem na wieść o jego ucieczce Zakrzewski kazał aresztować jego brata Pereca. Polecił siec go rózgami, chcąc wymusić na nim zeznanie, że jego brat ukradł konie i na nich uciekł.

Nie wiemy, jak zakończyła się ta ostatnia opisana przez Leybę próba oczernienia go w oczach Radziwiłła. Na dzień dzisiejszy nie znaleźliśmy też informacji, czy skarga Leyby dotarła do księcia i jak książę na nią zareagował. Czy Zakrzewski poniósł jakąś karę? Wiadomo, że żył długo. Urząd łowczego bydgoskiego trzymał jeszcze 18 lutego 1771 roku. W styczniu roku następnego awansował na cześnika bydgoskiego, a zmarł przed 30 kwietnia 1775 roku.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego:

Logo MKiDN