© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   29.10.2013

„Jazda wołoska lekko ucieka” – czyli co Mołdawianie i Wołosi sądzili o walce „do ostatniego żołnierza”

Nad formacjami lekkiej jazdy, zwanej wołoską, służącymi w wojsku koronnym, zaciążyła w powszechnej chyba świadomości sienkiewiczowska definicja lekkości w ucieczce. Czy tak było w istocie i skąd wzięło się to pojęcie? Spróbujmy się zastanowić.

Jazdą wołoską zwano w Polsce jednostki kawalerii, służące bez uzbrojenia ochronnego i odróżniane przeważnie od Tatarów tym, że częściej – choć nie wyłącznie – posługiwały się bronią palną niż łukami. Rozpowszechniły się one w wojsku koronnym począwszy od lat 50. XVII w., kiedy to zaciągano je masowo po klęsce i rzezi wojsk polskich pod Batohem w 1652 r. Nadawały się one doskonale do służby patrolowej i szybkich, niszczycielskich zagonów, które stosowano na Ukrainie w walkach z Kozakami. Z tego też okresu znane były Janowi Sobieskiemu, służącemu wówczas w armii koronnej. On sam też nimi się posługiwał, jakkolwiek, zostawszy hetmanem, w obliczu zagrożenia tureckiego postawił na rozwój ciężkozbrojnej husarii oraz jednostek pieszych. Epoka świetności jazdy wołoskiej przeminęła.

Nazwa, jaką ochrzczono tę formację, wywodzi się od miejsca rekrutacji – Mołdawii, zwanej w Polsce Wołoszczyzną. Tam zaciągano początkowo największą liczbę żołnierzy do jazdy wołoskiej, choć z czasem pojawiali się w niej również rodowici Polacy czy Rusini. Niemniej, zaciążył nad tą formacją swoisty mołdawski „genius loci” i przypisywanie jej skłonności do szybkiego znikania z pola bitwy wiązano właśnie z obyczajami wojskowości mołdawskiej.

Czy zatem Mołdawianie rzeczywiście mieli w zwyczaju nie dotrzymywać pola przeciwnikowi? Niewątpliwie, funkcjonował w Polsce stereotyp „zdradzieckiej Wołoszy”, która w obliczu przeważających sił przeciwnika ucieka albo zgoła zmienia front. Dotyczyło to zresztą tak postępków militarnych, jak i politycznych. „Zawiódł” się na Mołdawianach pradziad Jana Sobieskiego, Stanisław Żółkiewski, kiedy w 1620 r. szedł pod Cecorę – zamiast obiecywanych tysięcy, hospodar przyprowadził mu ledwo kilkuset żołnierzy, a i to nie bardzo skorych do walki. W czasie odwrotu i rozbicia wojsk polskich nad Dniestrem Mołdawianie, służący po stronie Turków, bez skrupułów atakowali polskich żołnierzy, licząc na jeńców i łupy.

Takich przypadków było więcej – w 1629 r. bojarzy i wojska mołdawskie w znacznej części zbuntowali się na samą wieść o nadciąganiu Turków i porzucili prawowitego hospodara, Mirona Barnowskiego. W 1653 r., w czasie wojny o tron mołdawski, jazda Bazylego Lupula pierzchła z pola bitwy pod wsią Sârca na sam widok nacierających wojsk siedmiogrodzkich, tak iż kronikarz Miron Costin przyrównał swoich rodaków, skądinąd zawodowych żołnierzy, do stada owiec. Podobnie w 1673 r. pod Chocimiem wojska mołdawskie i wołoskie opuściły Turków i przeszły na stronę Jana Sobieskiego łącznie ze swym hospodarem, Grzegorzem Ghiką. Nie przeszkodziło mu to zresztą rychło uciec do tychże Turków, kiedy uznał, że Polacy nie zdołają opanować ani Mołdawii, ani tym bardziej Wołoszczyzny.

Jednakże ci sami Mołdawianie i Wołosi potrafili w potrzebie bardzo dobrze walczyć, zadając duże straty przeciwnikowi i niejednokrotnie odnosząc wspaniałe zwycięstwa. Cudów męstwa dokazywali pod komendą hospodara mołdawskiego Jana Srogiego, walcząc przeciw Turkom w 1574 r. (aczkolwiek bojarzy i tak w końcu zdradzili hospodara). Niemal same zwycięstwa odnotowywał na swym koncie hospodar Michał Waleczny, ulegając dopiero Polakom Jana Zamoyskiego. W 1653 r. w bitwie nad Jałomicą Wołosi rozsiekali wręcz niezwyciężoną zazwyczaj piechotę kozacką. Także jako nasi sprzymierzeńcy Mołdawianie dobrze się spisywali, czego dowodzą ich działania na Ukrainie w latach 1654-1655. O jakiejś regule trudno zatem mówić.

Tym niemniej musimy przyznać, że nie bardzo dowierzano wartości bojowej tych jednostek. Sam Jan Sobieski w czasie kampanii chocimskiej 1673 r. przyjął Wołochów, którzy przeszli na jego stronę, ale dla pewności ustawił ich z tyłu własnych szyków, nie bardzo dowierzając ich lojalności. Przydali się jednak do pościgu za już pobitymi Turkami. Skąd zatem takie zachowanie?

Oceniając rodowitych Mołdawian i Wołochów, musimy mieć na uwadze, że wyciągnęli oni wnioski ze swych zmagań z Osmanami w XV w. W obu księstwach dobrze wiedziano o przewadze tureckiej i niechętnie angażowano się w awantury, nie mające szans powodzenia. Zarówno bojarzy, jak i zwykli żołnierze, woleli częstokroć przeżyć i uratować swoje majątki, niż walczyć do końca. Dzięki takiemu lawirowaniu oba księstwa utrzymały się aż do połowy XIX w., kiedy to zjednoczyły się, a następnie wyzwoliły spod protekcji tureckiej.

Jeśli zaś mówimy o jeździe wołoskiej na służbie polskiej, to czy służyli w niej rodowici Mołdawianie i Wołosi, czy też ludzie z innych nacji, musimy pamiętać o charakterze, uzbrojeniu i przeznaczeniu tej formacji wojskowej. Nie jej zadaniem było przełamywanie szyków wroga, jak to czyniła husaria, czy uporczywa obrona wybranej pozycji, do czego służyła piechota i dragonia. Odnaleźć wroga, dopaść i harcami zabawić do czasu nadejścia sił głównych, wciągnąć w zasadzkę, rozbitego chyżo gonić i wycinać – to było sensem życia jazdy wołoskiej. Wobec gwałtownego ataku przeciwnika pozostawał jej w zasadzie jeden manewr – „lekko uciekać”, aby w dogodnym miejscu zebrać się znów i wrócić do szarpania wroga. Co też jazda wołoska czyniła, niezależnie od tego, jakiej nacji żołnierzy miała w swych szeregach.