© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Ad Villam Novam   Ad Villam Novam   |   30.11.2015

Zyski królewicza Konstantyna z inwestycji w wyprawę do Indii

Jean Pelucchi musiał być człowiekiem nadzwyczaj, zdolnym obrotnym i mającym koneksje w środowisku finansów Europy pierwszych dziesięcioleci XVIII w. W różnych stolicach starego kontynentu reprezentował interesy Marii Kazimiery oraz jej synów. Bywał w Wiedniu, Rzymie, Paryżu. Pożyczał i oddawał pieniądze, załatwiał najróżniejsze transakcje. W imieniu Sobieskich zajmował się chyba również bardziej niejasnymi sprawami, jak choćby upłynnianiem klejnotów koronnych wywiezionych przez królową z Polski, o które nad Wisłą zadawano kłopotliwe pytania. Maria Kazimiera potrzebowała pieniędzy, by móc nad Tybrem godnie reprezentować swoją pozycję. Potrzebowali ich także jej synowie. Sprawny finansista, który potrafił wyczarować pieniądze, był więc im nad wyraz przydatny.

Trzeba także przyznać, że Pelucchi nie bał się ryzyka. Może kiedyś uda się dotrzeć do dokumentów, które ukażą w jakich warunkach zdecydował się on zainwestować znaczne środki królewicza Konstantyna w zamorską wyprawę handlową. Jak na razie szczegółów nie znamy. Wiemy, że skierowała się ona do Indii. Nie koniecznie musiały jej celem być ziemie dzisiejszych Indii, mogła ona dotrzeć nawet do Moluków, czyli wysp Malezji czy Indonezji. Organizowane przez różne kampanie wyprawy potrzebowały inwestorów, którzy zgodziliby się wyłożyć pieniądze na wynajęcie okrętów, wyekwipowanie wyprawy, na zakup towarów i pokrycie kosztów mnóstwa innych potrzeb. Wprawdzie w początkach XVIII w. szlaki były już nieco przetarte, ale taka wyprawa nadal łączyła się z ogromnym ryzykiem. Okręty mogły przecież zatonąć na skutek choćby sztormu, mogły paść łupem piratów, załoga mogła wymrzeć na skutek chorób panujących w gorącym klimacie. Niebezpieczeństw na niezmiernie długiej trasie było bez liku. W dodatku trzeba było nawet do dwóch lat czekać na powrót wyprawy. Jednak, gdy zakończyła się sukcesem, zyski sowicie wynagradzały wszystkie niepokoje. Z tajemniczych krajów Wschodu przywożono najróżniejsze niezwykle drogie w Europie dobra: poszukiwane przyprawy, pachnidła, cebulki tulipanów, nieznane materie, wyroby artystyczne itd. Zysk ze sprzedaży tych towarów zwracał wyłożone koszty i ponadto przynosił poważny zysk.

Taki sukces stał się udziałem Pelucchiego. Królewicz Konstantyn niewątpliwie z radością powitał efekt takiej przedsiębiorczości. W tym czasie przebywał we Wrocławiu, którego nie mógł opuścić ze względu na tłumy wierzycieli nie mających zamiaru pozwolić mu wyjechać bez wcześniejszego spłacenia długów. Beztroska i rozrzutność królewicza sprawiała, że każda suma wyduszona z jego dóbr ruskich i przysłana mu do Wrocławia trafiała wszędzie, ale nie do wierzycieli. Nie znamy wysokości kwoty uzyskanej przez Peluchciego, ale musiała ona wzbudzić zachwyt w otoczeniu Konstantego. Wieści o jego przedsięwzięciu i sukcesie dotarły z Wrocławia pod ruskie strzechy urzędników królewicza. Spotkały się tam z dość kwaśnym przyjęciem. Nie negowano sukcesu Pelucchiego. Janicki nie omieszkał jednak dość kąśliwie dodać w swoim liście, że wystawione w ten sposób zostały na „hazard” pieniądze królewicza. Możliwe jednak, że tak cierpko o zamorskiej inicjatywie pisał ktoś z Wrocławia, a Janicki na to z lubością ucha nadstawił.

Prawdopodobnie odezwała się zwykła zawiść. Wielki sukces kolegi z tej samej firmy potrafi wzbudzić uznanie, ale i zawiść, objawiającą się w pomniejszaniu skali osiągnięcia i krytyce. Znaleźli się chyba w otoczeniu Konstantyna dworacy, którzy temu ulegli. Możliwe, ze zawiść w jakimś stopniu udzieliła się i Janickiemu. Chyba jednak miał on swoje powody, by wylać trochę żółci, gdy zasugerował, że z tak wielkich zysków z wyprawy zamorskiej można by było pospłacać zobowiązania „nasze”, czyli te, które ciążyły na zarządzanych przez niego dobrach. Tymczasem przychodziło mu się dwoić i troić, by opędzić się od wierzycieli, uspokajać tych, którzy podawali sprawy długów do sądów, spłacać stare długi, wykupywać zastawione dobra, na dodatek spełniać kosztowne zachcianki królewicza, a na dodatek na jego stanowcze żądania wszelkimi sposobami wyciskać z włości kolejne tysiące talarów i wysyłać je do Wrocławia, gdzie ich kolejne kwoty ginęły na skutek rozrzutności Konstantyna. Janicki doskonale z tego zdawał sobie sprawę i widział postępującą ruinę dóbr. Stąd zapewne bolał nad tym, że i te wielkie zamorskie pieniądze zostaną zmarnowane, podczas gdyby były użyte racjonalnie, mogłyby uwolnić dobra królewicza od ciągnących się od lat kłopotów. Jeśli gorzkie słowa Janickiego były podyktowane takimi jego przemyśleniami, to się nie mylił. Pieniądze od Pelucchiego nie wydobyły Konstantyna z objęć wrocławskich wierzycieli. Dopiero w 1725 r. uratowała go jego niegdyś porzucona żona, Maria Józefa Wesslówna, spłacając najbardziej natarczywych wierzycieli.       

Mikołaj Rola Janicki do Franciszka Wierusza Kowalskiego, Złoczów 5 marca 1720, NGAB, F. 695, op. 1, nr 385, k. 29
„Jestem curiosum [ciekawy] wiedzieć, ieżeli to prawda, y pewna ze JmP. Peluki [Jean Pelucchi] znaczny awantasz [fr. avantage – zysk, korzyść] miał przynieść Naiasnieyszemu Panu, azardowawszy [wystawiwszy na hazard] iego pieniądze na flotę Indyiską, iako tu pisano z Wrocławia. Toć ieżeli tylo zarobił P. Peluki, toby y nasze mógł popłacić assygnacye [rachunki, zobowiązania]”.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego:

Logo MKiDN